Władimir Putin wygłosił w niedzielę kolejną prowokacyjną tezę. Tym razem rosyjski przywódca wyraził „przekonanie”, że Ukraina prędzej czy później utraci swoje zachodnie terytoria — te, które historycznie należały do Polski, Węgier i Rumunii. Słowa padły podczas spotkania z żołnierzami rosyjskiej marynarki wojennej w Petersburgu.
Cytat jest jednoznaczny. „Jestem przekonany, że prędzej czy później Ukraina utraci ziemie zachodnie; to, co należało do Polski, co należało do Węgier, co należało do Rumunii — prędzej czy później, nie jutro, może pojutrze, za rok, dwa, 10, 15, ale wszystko historycznie się ułoży” — oświadczył Putin. Dodał przy tym, że „jedynym gwarantem integralności terytorialnej Ukrainy była Rosja”. To zdanie wymaga szczególnej uwagi, bo mówi je państwo, które w 2014 roku zaanektowało Krym, a w 2022 roku dokonało pełnoskalowej inwazji na swojego sąsiada.
Polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych zareagowało szybko i bez niedomówień. W komunikacie opublikowanym w poniedziałek resort jednoznacznie odrzucił słowa Putina jako „fałszywe i całkowicie bezpodstawne spekulacje”. MSZ nazwało je wprost: dezinformacją i elementem rosyjskiej wojny informacyjnej wymierzonej w sojuszników Kijowa.
MSZ trafnie wskazało na cel tych działań. Chodzi o skłócenie narodów europejskich i odwrócenie uwagi międzynarodowej od rosyjskiej agresji wojskowej — brutalnej i nielegalnej. Mechanizm jest znany: Moskwa regularnie podsyca strach przed rozbiorem Ukrainy przez jej sąsiadów, by osłabić zachodnią solidarność z Kijowem.
Polska dyplomacja zakończyła komunikat wezwaniem skierowanym bezpośrednio do Federacji Rosyjskiej. „Wzywamy władze Federacji Rosyjskiej do zaprzestania wysuwania roszczeń terytorialnych wobec swoich sąsiadów” — napisało MSZ. To zdanie brzmi spokojnie, ale jego wymowa jest ostra. Kraj, który sam pochłonął cudze terytorium siłą, nie ma żadnego moralnego ani prawnego mandatu, by pouczać innych o integralności granic.
Warto pamiętać o szerszym kontekście. Słowa Putina nie są przypadkową improwizacją. Wpisują się w długofalową narrację Kremla, która ma kilka celów jednocześnie: legitymizować rosyjską agresję jako „porządkowanie historii”, siać nieufność między Ukrainą a jej zachodnimi sojusznikami oraz sugerować, że Zachód — w tym Polska — ma własne imperialne ambicje. To klasyczny przykład operacji informacyjnej, a nie politycznej analizy.
Polska odpowiedź jest słuszna i potrzebna. Suwerenność Ukrainy, jej granice i prawo do samostanowienia to wartości, które Warszawa konsekwentnie broni — nie dlatego, że nakazuje to Bruksela, lecz dlatego, że leży to w żywotnym interesie Polski i całego ładu europejskiego opartego na prawie międzynarodowym.

