Nie tylko Le Pen niepokoi Berlin. Mélenchon chce rozmontować oś Paryż–Berlin i przeorientować Francję

Zagrożenie z dwóch stron

Do francuskich wyborów prezydenckich pozostało dziewięć miesięcy, a Berlin już teraz mierzy się z perspektywą, która nie daje spokoju żadnemu z głównych obozów politycznych nad Renem. Teza jest prosta: oś Paryż–Berlin, fundament europejskiej integracji od dekad, stoi przed podwójnym zagrożeniem — i to nie tylko ze strony Marine Le Pen, lecz równie poważnie ze strony Jean-Luca Mélenchona, lidera lewicowej Francji Nieujarzmionej. Mocny start kampanii Mélenchona oraz wewnętrzne rozbicie pozostałych ugrupowań lewicy sprawiły, że sondaże zaczęły wskazywać go jako jednego z najbardziej prawdopodobnych kandydatów do drugiej tury.

To nie jest perspektywa, którą Berlin przyjmuje ze spokojem.

W tym miesiącu Mélenchon ogłosił, że w przypadku zwycięstwa nie zamierza respektować żadnego z niedawnych porozumień zawartych między prezydentem Emmanuelem Macronem a kanclerzem Friedrichem Merzem — od odstraszania nuklearnego po politykę przemysłową. Był to gest jednoznaczny: całkowite zerwanie z tradycją sojuszu Paryż–Berlin, którą pielęgnowali kolejni prezydenci V Republiki.

Ideologiczna wrogość wobec Niemiec

Antypatia Mélenchona wobec Berlina ma charakter głęboko ideologiczny, co odróżnia go od Le Pen, której eurosceptycyzm napędza przede wszystkim nacjonalizm. Mélenchon uważa, że Niemcy narzucają całej Unii Europejskiej ordoliberalny model gospodarczy — wolny rynek pod nadzorem państwa — i że ów model jest trucizną dla reszty kontynentu. Aurelien Tache, poseł Francji Nieujarzmionej zasiadający w komisji spraw zagranicznych parlamentu, precyzuje: „Nie jesteśmy antyeuropejscy; jesteśmy przeciwni ordoliberalizmowi”. Partia konsekwentnie neguje samo pojęcie „silnika francusko-niemieckiego”, twierdząc, że w rzeczywistości chodzi o hegemonię Berlina.

Już w 2015 roku Mélenchon poświęcił całą książkę tej tezie. „Śledź Bismarcka”, opatrzona podtytułem „Niemiecka trucizna”, była odpowiedzią na panujący wówczas we Francji zachwyt nad niemieckim modelem niskiego bezrobocia i wysokiego wzrostu. Mélenchon wskazał na wyższy niż we Francji wskaźnik ubóstwa w Niemczech oraz niski wskaźnik urodzeń jako dowody porażki tego systemu. Nawet lewicowa „Libération” uznała książkę za nadmiernie germanofobiczną. Mélenchon nie ukrywał prowokacyjnego tonu, pisząc wprost, że „polityczna konfrontacja z niemieckimi rządami jest jednym z warunków wyzwolenia narodów”.

Słowa te brzmią dziś zaskakująco aktualnie.

Roland Theis, poseł z konserwatywnej partii Merza, znany ze swojej pracy nad relacjami francusko-niemieckimi, ocenia bez ogródek: stanowiska Mélenchona w kluczowych kwestiach europejskich oraz jego wrogość wobec Niemiec uczyniłyby go ogromnym problemem dla współpracy dwustronnej. Anton Hofreiter, przewodniczący komisji ds. europejskich w Bundestagu z ramienia Zielonych, ostrzega z kolei, że prezydentura Mélenchona mogłaby doprowadzić do realizowania projektów europejskich — w tym obronnych — bez udziału Francji.

Geopolityczna wizja sprzeczna z interesami Zachodu

Program polityki zagranicznej Mélenchona, opublikowany na początku tego miesiąca w formie dwudziestostronicowej analizy, przynosi kolejne punkty zapalne. Francja powinna — jego zdaniem — wystąpić z NATO, uzasadniając to „otwarcie wrogą” postawą Waszyngtonu wobec sojuszu. Dla porównania: Zjednoczenie Narodowe Le Pen proponuje jedynie wyjście ze zintegrowanego dowództwa, nie z samego Paktu. Mélenchon idzie znacznie dalej.

Zamiast sojuszu transatlantyckiego proponuje zacieśnienie więzi z Chinami, z frankofońską Afryką i Ameryką Południową. Stany Zjednoczone postrzega jako zagrożenie imperialistyczne. Niemcy — mimo własnych napięć z administracją Trumpa — traktują relacje transatlantyckie jako fundament polityki zagranicznej. Te dwie wizje są ze sobą strukturalnie sprzeczne.

Mélenchon krytykuje również ponowne zbrojenie Niemiec oraz obecność amerykańskiej broni jądrowej na ich terytorium, stwierdzając, że „budzi to poważne obawy dotyczące bezpieczeństwa sąsiednich krajów”. Berlin tymczasem dąży do roli dominującej potęgi militarnej w Europie, zwłaszcza wobec rosyjskiej agresji na Ukrainę i stopniowego wycofywania się Stanów Zjednoczonych z kontynentu. Naturalnym sojusznikiem Mélenchon jest natomiast Hiszpania — centrolewicowy premier Pedro Sánchez, którego konfrontacyjna postawa wobec Trumpa i Izraela czyni go, zdaniem lidera Francji Nieujarzmionej, bardziej odpowiednim partnerem niż Berlin.

Oś Paryż–Berlin pod presją

Warto zauważyć, że relacje francusko-niemieckie nie były ostatnio wolne od napięć nawet bez udziału Mélenchona. Spory wokół umowy handlowej UE z Mercosurem — popieranej przez Berlin, krytykowanej przez Paryż — oraz decyzja o porzuceniu wspólnego projektu myśliwca nowej generacji wstrząsnęły sojuszem. Tache komentuje to bezpośrednio: „Najważniejsze decyzje ostatnich sześciu lat konsekwentnie faworyzowały Niemców, a nie Francuzów”. W odpowiedzi na te tarcia Berlin zaczął szukać nowych sojuszników — zwłaszcza w Rzymie.

Niemcy i Francja przyspieszyły jednak wspólne prace nad kluczowymi celami unijnymi przed zbliżającymi się wyborami, choć oficjalnie przedstawiają tę pilność jako odpowiedź na potrzeby gospodarcze, a nie jako próbę domknięcia spraw przed ewentualną prezydenturą Le Pen bądź Mélenchona.

Frederic Petit, centrowy poseł reprezentujący Francuzów zamieszkałych w Niemczech, zachowuje spokój. Jego zdaniem więź między obydwoma krajami jest wystarczająco silna, by przetrwać to, co nazywa „wypadkiem wyborczym”. „Istnieją osoby z podwójnym obywatelstwem, wspólne organizacje i polityki, których — niezależnie od tego, kto zostanie prezydentem — nie da się natychmiast zniweczyć” — stwierdza.

To prawda. Ale historia uczy, że instytucje wytrzymują wstrząsy tylko do pewnego momentu. Jeśli Francja wybierze prezydenta, który w Niemczech widzi nie partnera, lecz hegemona do pokonania, próba wytrzymałości osi Paryż–Berlin stanie się czymś więcej niż akademickim ćwiczeniem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *