Trzy ofiary śmiertelne, statek pod holenderską banderą i polski kapitan sprowadzony do kraju transportem medycznym — tak w skrócie wygląda historia epidemii hantawirusa, którą Światowa Organizacja Zdrowia oficjalnie uznała za zakończoną.
Na początku kwietnia tego roku wycieczkowiec wypłynął z południowej Argentyny w rejs po Atlantyku. Zanim dotarł do portu w Rotterdamie osiemnastego maja, na jego pokładzie doszło do zakażeń hantawirusem — patogenem, który w tej konkretnej odmianie okazał się śmiertelnie groźny dla trojga pasażerów lub członków załogi. Holenderski port przyjął statek przede wszystkim w celu przeprowadzenia gruntownej dezynfekcji, a sam incydent natychmiast przykuł uwagę służb sanitarnych i epidemiologów na całym kontynencie.
Wśród osób, które znalazły się w centrum tej dramatycznej historii, był kapitan statku — Jan Dobrogowski, absolwent Uniwersytetu Morskiego w Gdyni. Dwudziestego czwartego maja Polak został sprowadzony do kraju transportem medycznym i przyjęty do Centrum Medycyny Morskiej i Tropikalnej w Gdyni, gdzie poddano go szczegółowym badaniom. Jego przypadek stał się dla polskich służb medycznych cennym źródłem wiedzy o przebiegu zakażenia i możliwościach jego zwalczania.
Drugi lipca przyniósł oficjalne rozstrzygnięcie na szczeblu globalnym. Dyrektor generalny WHO Tedros Adhanom Ghebreyesus ogłosił, że organizacja uznaje epidemię hantawirusa za zakończoną. Jednocześnie wyraźnie zaznaczył, że WHO zamierza kontynuować współpracę z rządami i partnerami w celu pogłębienia rozumienia przyczyn tej epidemii oraz hantawirusów w ogólności, a wszystkim krajom, które zaangażowały się w walkę z zagrożeniem, złożył podziękowania. To ważny sygnał — koniec epidemii nie oznacza końca naukowego dociekania.
Patogen odpowiedzialny za zachorowania na wycieczkowcu to południowoamerykański podtyp Andes, jedna z odmian hantawirusa wyróżniająca się wyjątkowo niepokojącą cechą: przenosi się między ludźmi drogą powietrzno-kropelkową. Większość innych wariantów hantawirusa trafia do organizmu człowieka wyłącznie poprzez kontakt z gryzoniami lub ich odchodami, tymczasem wirus Andes od wielu lat jest obserwowany w Ameryce Południowej właśnie jako patogen zdolny do bezpośredniego przenoszenia się między osobami. Ta właściwość sprawia, że jego pojawienie się na pokładzie zaludnionego statku wycieczkowego, a następnie w europejskim porcie, stanowiło poważne wyzwanie dla systemów nadzoru epidemiologicznego.
Sprawa wycieczkowca pokazuje dobitnie, że w dobie globalnej mobilności żaden kraj nie może traktować egzotycznych patogenów jako odległego problemu. Suwerenna polityka zdrowotna wymaga sprawnych służb, gotowości do szybkiego działania i rzetelnej wymiany informacji między państwami — bez poddawania się presji, która kazałaby bagatelizować zagrożenie lub, odwrotnie, wywoływać nieuzasadnioną panikę. Ogłoszenie przez WHO końca epidemii jest dobrą wiadomością, lecz towarzysząca mu deklaracja kontynuowania badań przypomina, że wiedza o wirusie Andes wciąż pozostaje niepełna.

