Skąd wzięły się audyty?
Wszystko zaczęło się od publikacji portalu Zero.pl, który opisał sprawę Dawida Kacprzyka — lekarza odbywającego specjalizację z anestezjologii, a zarazem byłego radnego Koalicji Obywatelskiej w warszawskiej dzielnicy Ursus. Z ustaleń dziennikarzy wynikało, że Kacprzyk w ubiegłym roku zarobił w sumie 1,6 miliona złotych, pełniąc funkcję koordynatora Szpitalnego Oddziału Ratunkowego w Szpitalu Południowym. Co więcej, według tych samych doniesień politycy KO mieli być przyjmowani na prowadzonym przez niego oddziale bez kolejki, a kompleksowe badania wykonywano im niemal natychmiast po rejestracji. Rewelacje te wywołały poważny skandal i zmusiły władze Warszawy do podjęcia działań. Prezydent Rafał Trzaskowski zlecił przeprowadzenie audytów w pięciu szpitalnych oddziałach ratunkowych — w szpitalach Bielańskim, Czerniakowskim, Praskim, Wolskim i Południowym — oraz w przychodni w Ursusie, gdzie Kacprzyk również świadczył usługi medyczne.
Szpital Południowy: rekordowe dyżury i niejasne kontrakty
Największą liczbę nieprawidłowości ujawnił audyt Szpitala Południowego, po którym ratusz wydał aż 44 zalecenia pokontrolne. W środę prezydent Trzaskowski przedstawił publicznie wyniki tej kontroli, wskazując na dyżury trwające bez przerwy 48, 60 i 72 godziny. Absolutnym rekordem okazał się dyżur wynoszący 110 godzin — czyli pięć kolejnych dób nieprzerwanej pracy. Skala tych nadużyć budzi poważne pytania nie tylko o zarządzanie placówką, lecz także o bezpieczeństwo pacjentów powierzonych opiece wyczerpanych lekarzy.
Audytorzy ujawnili, że w 2025 roku najwyższe wynagrodzenie lekarza pracującego na SOR-ze Szpitala Południowego przekroczyło 837 tysięcy złotych. W szerszym przedziale czasowym — od stycznia 2025 roku do końca maja 2026 roku — najwyższa wypłata osiągnęła ponad milion złotych, a druga w kolejności prawie 919 tysięcy złotych. Zestawione z przeciętnymi zarobkami w polskiej służbie zdrowia, kwoty te są trudne do racjonalnego uzasadnienia, tym bardziej że audyt nie znalazł dokumentacji potwierdzającej podstawy ich ustalenia.
Szczególnie rażące okazały się ustalenia dotyczące samego Kacprzyka. Funkcja koordynatora SOR-u, którą rzekomo pełnił, formalnie nie istniała w strukturze organizacyjnej szpitala — a mimo to placówka wypłacała za nią wynagrodzenie przez półtora roku. Stawka godzinowa Kacprzyka rosła stopniowo: z 230 złotych przez 300 złotych aż do 330 złotych za godzinę, podczas gdy bardziej doświadczeni specjaliści nie otrzymywali podobnych stawek. Szpital nie dysponował żadną dokumentacją wyjaśniającą przyczyny tych podwyżek ani potwierdzającą, że zostały one ustalone w sposób racjonalny i adekwatny do kwalifikacji lekarza. Co więcej, mimo obowiązującej umowy szpital rozpisał nowy konkurs i zawarł z Kacprzyka kolejny kontrakt na wyższych warunkach — bez żadnego uzasadnienia tej decyzji w aktach.
Na tym nieprawidłowości się nie kończą. Prezydent Trzaskowski ujawnił, że Kacprzyk posiadał odrębną umowę opiewającą na 10 tysięcy złotych miesięcznie za czynności częściowo pokrywające się z jego dyżurami. Lekarz miał ponadto dostęp do szpitalnych kamer monitoringu, a szpital nie prowadził żadnego rejestru osób uprawnionych do tego dostępu ani zapisów dotyczących jego faktycznego wykorzystania. Audytorzy stwierdzili również, że Kacprzyk wykonywał świadczenia zdrowotne w innym podmiocie leczniczym w godzinach nakładających się na dyżur w szpitalu — przez siedem godzin przebywał w dwóch miejscach jednocześnie, przynajmniej według dokumentacji. Szpital dysponował elektronicznym systemem rejestracji wejść i wyjść, lecz z niego nie korzystał; należności rozliczano na podstawie grafików i oświadczeń, bez weryfikacji faktycznej obecności.
Poza funkcją koordynatora SOR-u Kacprzyk pełnił w tej samej placówce rolę koordynatora praktyk i staży oraz koordynatora nocnej i świątecznej pomocy lekarskiej, a równolegle pracował w przychodni w Ursusie. Audytorzy ustalili, że zakończenie dyżuru w szpitalu i podjęcie pracy w przychodni następowały bezpośrednio po sobie, bez żadnej przerwy. W czasie gdy Kacprzyk był koordynatorem SOR-u, pracowało tam 38 lekarzy; po jego odejściu liczba ta spadła do 25. Kontrolerzy wskazali też na osiem dyżurów, dla których brak dokumentacji potwierdzającej obecność choćby jednego lekarza systemu, oraz na przypadki obsadzenia rejestracji jedną osobą zamiast wymaganymi dwoma.
Nieprawidłowości w pozostałych placówkach
Szpital Bielański im. ks. Jerzego Popiełuszki również nie wyszedł z audytu bez zarzutów. Kontrolerzy stwierdzili, że dopuszczano do pracy lekarzy, którzy nie przedłożyli wymaganych dokumentów konkursowych, a znaczna część umów zawierana była w trybie pozakonkursowym. W samych umowach niejednoznacznie określano zasady wynagradzania i czas pracy. Analiza grafików wykazała, że od pięciu do dziesięciu lekarzy pracowało miesięcznie od 200 do 312 godzin, a pojedyncze dyżury przekraczały dobę — najdłuższy trwał 48 godzin. Jednemu z lekarzy wypłacono w 2025 roku 771,6 tysiąca złotych, co wynikało z przepracowania 3355 godzin w ciągu roku. Na koniec maja na SOR-ze Szpitala Bielańskiego zatrudnionych było 153 pracowników, w tym 40 lekarzy, przy czym aż 85 procent z nich pracowało na podstawie umów cywilnoprawnych.
W Szpitalu Praskim audytorzy ujawnili niespójność zapisów umownych dotyczących minimalnego wymiaru czasu pracy i wynagrodzenia za jego przekroczenie. W dwóch przypadkach lekarze świadczyli usługi bezumownie, ponieważ wyczerpali kwotę całkowitego wynagrodzenia określoną w kontrakcie, a mimo to kontynuowali pracę. Zdarzały się też incydentalne sytuacje braku lekarza na SOR-ze. Największa liczba godzin przepracowanych przez jednego lekarza w 2026 roku wyniosła 197 miesięcznie, a najdłuższy dyżur — 36 godzin. Spośród 64 lekarzy związanych z oddziałem jedynie trzech pracowało na etacie; reszta zatrudniona była na kontraktach lub umowach zlecenia.
Szpital Czerniakowski dostarczył audytorom kolejnych niepokojących ustaleń. Niewystarczająco weryfikowano dokumenty konkursowe oraz dokumentację przedkładaną przy rozliczaniu umów. Ujawniono przypadki lekarzy pracujących jednocześnie na SOR-ze i na macierzystych oddziałach szpitalnych — w tych samych godzinach. Największa miesięczna liczba godzin przepracowanych przez jednego lekarza wyniosła w 2025 roku 292,5 godziny, a dwóch lekarzy dyżurowało nieprzerwanie przez ponad dobę — przez 31,5 oraz 26,5 godziny. Najwyższe roczne wynagrodzenie w tej placówce — 731,4 tysiąca złotych w 2025 roku — otrzymał lekarz chirurgii ogólnej. Szpital nie prowadził też rejestru wejść i wyjść personelu.
W Szpitalu Wolskim kontrolerzy natknęli się na liczne błędy w dokumentacji konkursowej i ocenie ofert, a także na przypadki podawania do rozliczenia liczby godzin niezgodnej z grafikiem. W dniu zakończenia audytu 71 procent lekarzy było zatrudnionych na podstawie umów cywilnoprawnych. Obraz wyłaniający się ze wszystkich pięciu placówek jest spójny: dominacja kontraktów zamiast umów o pracę, niejasne zasady ustalania wynagrodzeń, nierzetelna dokumentacja i brak skutecznych mechanizmów kontroli czasu pracy.
Śledztwa i kontrole — co dalej?
W sprawie Szpitala Południowego prokuratura wszczęła dwa odrębne śledztwa. Pierwsze dotyczy oszustwa na kwotę ponad pół miliona złotych, drugie — nadużycia uprawnień przez funkcjonariusza publicznego. Równolegle w szpitalach miejskich trwają kontrole Narodowego Funduszu Zdrowia, a do przeprowadzenia własnej inspekcji przymierza się również Państwowa Inspekcja Pracy. Sprawa, która zaczęła się od dziennikarskiego śledztwa portalu Zero.pl, uruchomiła zatem machinę instytucjonalną angażującą prokuraturę, NFZ, ratusz i PIP jednocześnie. To, czy zakończy się ona rzeczywistą odpowiedzialnością winnych i systemową reformą zarządzania kadrami w stołecznych szpitalach, pozostaje pytaniem otwartym — choć skala ujawnionych nieprawidłowości sprawia, że odpowiedź na nie staje się pilna.

