Na terenie gminy Dołhobyczów, w miejscowości Białystok, stoi kamienny obelisk upamiętniający żołnierzy Ukraińskiej Powstańczej Armii. Jego istnienie od dawna budzi głęboki sprzeciw wśród lokalnej społeczności oraz środowisk pielęgnujących pamięć o ofiarach ukraińskiego ludobójstwa na Polakach. To właśnie ten monument stał się w ostatnich tygodniach centrum kolejnego politycznego i kryminalnego sporu — sporu, który odsłania nie tylko nierozwiązane rany historyczne, lecz również bezradność państwowych instytucji wobec drażliwych kwestii sąsiedztwa polsko-ukraińskiego.
Kilka tygodni temu obelisk po raz pierwszy padł ofiarą aktów wandalizmu. Nieznani sprawcy pomalowali go sprejem i wyciął łuk zdobiący pomnik — element będący jego integralną częścią. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji poinformowało w sierpniu, że w trakcie działań na miejscu zabezpieczono ślady materialne: puszkę po farbie w sprayu, butelkę po alkoholu i koszulkę, a w pobliskich zaroślach odnaleziono odcięty łuk. Mimo tych dowodów nikt nie został zatrzymany.
Kolejny atak i cisza organów ścigania
W minioną niedzielę doszło do kolejnego incydentu. Aspirant sztabowy Edyta Krystkowiak z hrubieszowskiej policji potwierdziła w poniedziałek, że nieznani sprawcy uszkodzili napisy na kamiennym obelisku. Wszczęto śledztwo w kierunku znieważenia pomnika i miejsca spoczynku żołnierzy ukraińskich, podżegania do nienawiści na tle narodowościowym oraz uszkodzenia mienia. Do tej pory — nikt nie został zatrzymany. Organy ścigania działają, lecz efektów brak.
Tymczasem pytanie, które zadaje sobie coraz więcej mieszkańców regionu, brzmi inaczej: dlaczego w ogóle pomnik ku czci formacji odpowiedzialnej za masowe mordy na Polakach stoi na polskiej ziemi? To pytanie postawił otwarcie Grzegorz Braun, lider Konfederacji Korony Polskiej, który postanowił osobiście odwiedzić kontrowersyjny monument i zrelacjonować wizytę w mediach społecznościowych.
Braun z młotem pod obeliskiem
Polityk pojawił się przy pomniku z młotem, nagrał krótki film i nie pozostawił wątpliwości co do swojej oceny sytuacji. Stwierdził wprost, że monument „obrażający pamięć ofiar ukraińskiego ludobójstwa na Polakach” powinien zostać usunięty profesjonalnymi narzędziami niezwłocznie po udokumentowaniu przestępstwa pochwalania nazizmu i banderyzmu. Braun podkreślił, że sprawa powinna była zostać rozwiązana już pierwszego dnia po wykryciu tego — jak sam określił — „anonimowego samowolnego” obiektu, i to przez zwykłe służby, niekoniecznie specjalne.
Słowa polityka nabierają szczególnej wagi w kontekście rozmów, do których doszło tego samego dnia podczas dożynek w pobliskiej miejscowości. Braun zasugerował tam, że usunięciem pomnika mogłaby zająć się na przykład Ochotnicza Straż Pożarna. Odpowiedź, którą usłyszał od mieszkańców, była wymowna i chłodna: „Obawialiby się, że ich podpalą”. Krótkie zdanie. Ale znaczące. Odsłania ono atmosferę strachu, jaka — zdaniem Brauna — panuje wśród Polaków zamieszkałych w bezpośrednim sąsiedztwie obelisku.
Nierozwiązany problem i pytania o suwerenność symboliczną
Historia tego pomnika to przykład szerszego zjawiska, które dotyka polskiej polityki historycznej i relacji z Ukrainą. Z jednej strony Polska udziela Ukrainie bezprecedensowego wsparcia w obliczu rosyjskiej agresji — wsparcia, które jest wyrazem solidarności i geopolitycznej odpowiedzialności. Z drugiej strony, na polskiej ziemi stoją monumenty gloryfikujące formację, której zbrodnie na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej pochłonęły dziesiątki tysięcy polskich istnień. Te dwie rzeczywistości trudno pogodzić bez rzetelnej rozmowy o historii.
Polskie prawo zakazuje propagowania totalitaryzmów i gloryfikowania zbrodni wojennych. Organy ścigania prowadzą śledztwo — ale w sprawie uszkodzenia pomnika, nie jego legalności. Tymczasem lokalna społeczność czuje się pozostawiona sama sobie wobec symbolu, który dla wielu Polaków jest nie upamiętnieniem, lecz prowokacją. Braun wyraził to głośno i dosadnie. Pytanie, czy instytucje państwa polskiego znajdą w końcu odpowiedź równie zdecydowaną, pozostaje otwarte.

