Morawiecki o Romanowskim w Naddniestrzu: „Nie ma żadnego usprawiedliwienia”

Sprawa posła Marcina Romanowskiego od tygodni elektryzuje polską opinię publiczną, a jej kolejne odsłony stawiają poważne pytania — nie tylko o kondycję wymiaru sprawiedliwości, lecz także o granice, których przekroczyć nie wolno nikomu, kto uważa się za człowieka honoru i odpowiedzialności publicznej. Poseł Prawa i Sprawiedliwości, ścigany w związku z zarzutami dotyczącymi wydatkowania środków z Funduszu Sprawiedliwości w czasie, gdy pełnił funkcję wiceministra i zastępcy Zbigniewa Ziobry, opuścił Polskę i od miesięcy unika postawienia mu zarzutów przez prokuraturę. Początkowo spekulowano, że przebywa na Węgrzech. Potem jego miejsce pobytu owiane było milczeniem. W ubiegłą środę media ujawniły jednak fakt, który zmienił całkowicie wymiar tej sprawy: do warszawskiego Sądu Okręgowego wpłynął wniosek Romanowskiego o wydanie listu żelaznego, nadany z Tyraspola — stolicy tak zwanej Naddniestrzańskiej Republiki Mołdawskiej, separatystycznego terytorium de facto kontrolowanego przez Rosję Władimira Putina. Premier Donald Tusk ocenił później, że Romanowski przebywa w Tyraspolu „na 99 procent”.

Na tym tle szczególnie wymowne okazały się słowa Mateusza Morawieckiego, wypowiedziane podczas wieczornej konferencji prasowej posłów stowarzyszenia Rozwój Plus. Były premier skupił się w pierwszej części swojego wystąpienia na krytyce obecnego stanu wymiaru sprawiedliwości w Polsce, przekonując, że „posłowie opozycji nie mogą dziś liczyć na sprawiedliwy wyrok, na normalnie funkcjonujące państwo, ponieważ zostało ono absolutnie zbezczeszczone”. Zapowiedział jednocześnie, że posłowie Krzysztof Szczerski i Paweł Jabłoński pracują nad kompleksową propozycją reformy sądownictwa — sygnał, że środowisko skupione wokół Morawieckiego zamierza aktywnie kształtować debatę ustrojową, a nie tylko reagować na bieżące wydarzenia.

Kiedy jednak przyszło do oceny zachowania Romanowskiego, Morawiecki nie szukał słów ani nie uciekał od jednoznacznej odpowiedzi. Jego deklaracja była krótka, twarda i pozbawiona jakichkolwiek zastrzeżeń: „Nie ma dla mnie żadnego usprawiedliwienia dla kogoś, kto pojechał na terytorium de facto kontrolowane przez ludzi Władimira Putina. Jeżeli to jest prawda, jest to całkowicie naganne i w żadnym aspekcie nie pochwalam tego typu działania”. Słowa te brzmią szczególnie ciężko w ustach polityka, który przez lata współtworzył rządy z Romanowskim i Ziobrą, a dziś musi rozliczać się z dziedzictwem tamtego okresu — zarówno wobec wyborców, jak i wobec własnego środowiska.

Warto przy tym odnotować, że sam Morawiecki nie jest wolny od poważnych zarzutów prawnych. Jako premier nadzorował Rządową Agencję Rezerw Strategicznych, z której — według śledczych — wyprowadzono kilkaset milionów złotych; w tej sprawie prokuratura prowadzi aktywne postępowanie. W lutym 2025 roku usłyszał ponadto zarzuty związane z organizacją wyborów korespondencyjnych podczas pandemii COVID-19, co samo w sobie stanowi poważny epizod w jego biografii politycznej. Morawiecki pozostaje jednak w Polsce, odpowiada na wezwania organów ścigania i nie szuka schronienia poza granicami kraju — a tym bardziej na terytoriach pozostających pod kontrolą Kremla.

Właśnie ta różnica — między politykiem, który trwa na miejscu i stawia czoła konsekwencjom swoich decyzji, a politykiem, który wybiera ucieczkę do strefy rosyjskich wpływów — definiuje dziś moralny wymiar sprawy Romanowskiego. Suwerenność państwa i wierność narodowym interesom to nie abstrakcje wpisane w programy wyborcze; to konkretne wybory, dokonywane w konkretnych momentach. Tyraspol jako miejsce schronienia polskiego posła to sygnał, który trudno zinterpretować inaczej niż jako wybór strony — i to strony, z którą Polska, jej obywatele i jej racja stanu nie mają nic wspólnego. Morawiecki powiedział to wprost. Reszta należy do polskiego wymiaru sprawiedliwości i do oceny tych, którzy Romanowskiego wybierali.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *