Telefon o świcie
Była tuż po szóstej rano, gdy zadzwonił telefon. Wiesław Dudek, radny z Podkarpacia, odebrał w przekonaniu, że to kolega dzwoni po odbiór z trasy. Zamiast tego usłyszał słowa, które trudno było pojąć. „Na początku nie rozumiałem, co on mówi, że jego żona nie żyje i moja sąsiadka” — przyznał radny w rozmowie z Polsat News w niedzielę. Szok. Niedowierzanie. A potem powolne, bolesne zrozumienie, że tragedia dotknęła ludzi, których zna z imienia, z codziennych spotkań, z jednej małej miejscowości.
Kolega Dudka jechał autokarem wracającym z pielgrzymki do Medziugorie w Bośni i Hercegowinie. To on — jako jeden z pierwszych ocalałych — przekazał wiadomość o katastrofie. Widział, jak pojazd zjechał z drogi, chwilę toczył się po poboczu, a potem się stoczył. „Mówił, że najprawdopodobniej kierowca zasnął” — relacjonował radny słowa naocznego świadka.
Mógł być wśród nich
Dudek znał niemal wszystkich poszkodowanych. „To znajomi, znamy się po imieniu, to nie jest aż tak duża miejscowość” — podkreślił. Słowa te brzmią tym mocniej, gdy uświadomić sobie, że sam planował wyruszyć razem z nimi.
Nie pojechał. Sytuacja rodzinna sprawiła, że w ostatniej chwili zrezygnował z miejsca w autokarze. „Tak sobie myślę, że opatrzność jednak czuwa nade mną” — powiedział cicho.
To zdanie — wypowiedziane bez patosu, niemal szeptem — mówi więcej niż długi komentarz. Człowiek, który mógł znaleźć się wśród ofiar, stoi teraz po drugiej stronie tragedii i próbuje pojąć, co się wydarzyło.
Firma znana, procedury zachowane
Radny zaznaczył, że rok wcześniej korzystał z usług tej samej firmy przewozowej i nie miał zastrzeżeń. „Procedury były w porządku” — stwierdził. Opisał, że podczas tamtej pielgrzymki kierowcy zmieniali się regularnie: jeden prowadził przez pewien czas, potem przejmował drugi, a na Słowacji dołączył trzeci, który dowiózł grupę do Strzyżowa. Wszystko zgodnie z zasadami bezpieczeństwa.
Co zatem poszło nie tak w tę niedzielną noc na węgierskiej autostradzie M3? Na to pytanie odpowiedzieć muszą śledczy. Na razie wiadomo tyle, że około pierwszej w nocy autokar zmierzający w kierunku Nyíregyházy — miasta na wschodzie Węgier — wypadł z drogi w okolicach miejscowości Mezőkeresztes. Zginęło dwanaście osób. Dziesięć walczy o życie w ciężkim stanie. Trzydzieści siedem odniosło obrażenia.
Żałoba małej wspólnoty
Pasażerowie autokaru to w przeważającej większości mieszkańcy Podkarpacia — regionu, gdzie więzi społeczne są gęste, a pielgrzymki do Medziugorie stanowią od dekad ważną część życia religijnego. Dla takich wspólnot każda ofiara to ktoś konkretny: sąsiad, znajomy z kościoła, matka dzieci chodzących do tej samej szkoły.
Dudek napisał na swoich mediach społecznościowych: „Wielka tragedia spotkała naszą miejscowość. Tam byli nasi przyjaciele, sąsiedzi i znajomi”. Do wpisu dołączył prośbę o modlitwę za rannych i słowa kondolencji dla rodzin ofiar. Krótkie zdania. Każde z nich niesie ciężar, który trudno zmierzyć.
Człowiek, który o świcie odebrał dramatyczny telefon, teraz razem z całą wspólnotą czeka — na informacje o stanie rannych, na wyniki śledztwa, na odpowiedź na pytanie, czy tej tragedii można było uniknąć. I pewnie jeszcze długo będzie wracał myślami do tej chwili, gdy zdecydował, że jednak nie jedzie.

