Mobilizacja, która przeminęła
Był rok 2022. Na dworcach kolejowych wolontariusze rozdawali gorącą herbatę, w szkołach otwierano sale dla ukraińskich dzieci, a prywatne domy przyjmowały uchodźców bez pytania o kompensatę. Polska pokazała wówczas coś, czego nie dało się zaplanować żadną uchwałą sejmową — spontaniczną solidarność, która zaskoczyła nie tylko Europę, ale i samych Polaków. Trzy lata później pytanie brzmi już inaczej: ile tak naprawdę to kosztowało, czy warto było i co z tego wynika dla polskiej racji stanu?
Na te pytania odpowiada Marek Ziółkowski — dyplomata z wieloletnim doświadczeniem na wschodnim kierunku polskiej polityki zagranicznej, były ambasador RP w Kijowie i przy NATO, autor książki Projekt: Ukraina. Jego analiza jest trzeźwa i pozbawiona zarówno nadmiernego entuzjazmu, jak i publicystycznej goryczy.
Polska — jak zauważa Ziółkowski — nigdy nie była krajem hojnym w pomocy rozwojowej. Standardowy poziom oscylował wokół 0,14–0,15 proc. PKB, choć po wejściu do Unii Europejskiej zobowiązaliśmy się osiągnąć co najmniej 0,3 proc. Lata 2022–2023 stanowiły absolutny wyjątek. Zsumowanie wszystkich wydatków — rządowych, samorządowych i prywatnych — daje wynik rzędu 1,7 proc. PKB za oba lata łącznie. To był wysiłek bezprecedensowy. Tyle że nie podjęto politycznej decyzji, by go utrzymać.
Liczby, które wprowadzały w błąd
Tu zaczyna się problem, który ma konsekwencje do dziś. W polskiej debacie publicznej zadomowiły się wartości liczone według metodologii Instytutu Kilońskiego, który odnosił sumę pomocy z kolejnych lat do PKB Polski z 2021 roku. Wynik był efektowny: 3,8, a nawet 4,9 proc. PKB. Brzmiało to imponująco — i właśnie dlatego okazało się pułapką.
Kiedy Polak słyszy, że kraj przeznacza 5 proc. PKB na obronę albo zdrowie, intuicyjnie rozumie, że chodzi o PKB z tego samego roku. Tymczasem w przypadku pomocy dla Ukrainy zestawiano wieloletnią sumę z jednym rokiem bazowym, uzyskując sztucznie zawyżony wskaźnik. Ziółkowski proponuje prostsze i uczciwsze przeliczenie: około 25 mld euro pomocy z lat 2022–2023 w relacji do łącznego PKB z tych dwóch lat daje właśnie 1,7 proc. — nie 4–5 proc.
Kwoty się nie zmieniają. Ponad 100 mld zł — bo tyle wyniosła równowartość tej pomocy w złotych — to suma ogromna i zasługująca na szacunek. Jednak przy PKB sięgającym dziś około 4 bln zł jest to wysiłek poważny, ale nie grożący destabilizacją finansów publicznych. Przy wskaźniku 4–5 proc. PKB obywatel mógł odnieść wrażenie, że Polska dosłownie się wykrwawiła. Przy 1,7 proc. za dwa lata widzi wielki, ale proporcjonalny wkład.
Paradoks polega na tym, że raporty — Kancelarii Prezydenta i Kancelarii Prezesa Rady Ministrów — przygotowane jako dokumenty dyplomacji publicznej, miały budować dumę z polskiego zaangażowania. Zamiast tego stworzyły grunt pod rozczarowanie. Skoro „daliśmy aż tyle”, to dlaczego mamy dawać dalej? I dlaczego Ukraina nie okazała należytej wdzięczności?
Dyplomacja megafonowa i rachunek za solidarność
Zamiast poważnej rozmowy o kształcie relacji dwustronnych — o tym, czego Polska oczekuje od Ukrainy i co jest gotowa zaoferować w perspektywie wieloletniej — zaczęliśmy wystawiać rachunki za pomoc, która w większości została już udzielona. Ziółkowski nazywa to wprost: dyplomacją megafonową.
Pojawiły się żądania specjalnych preferencji dla polskiego biznesu przy odbudowie Ukrainy — choć trudno jednocześnie domagać się transparentnych przetargów i uprzywilejowanego traktowania własnych przedsiębiorstw. Do głosu doszły kwestie historyczne, które — choć z polskiego punktu widzenia fundamentalne — zaczęły organizować cały dialog polityczny, wypychając z niego inne tematy. Wreszcie do pomocy wojskowej zaczęto przywiązywać zasadę wzajemności: coś za coś.
Ziółkowski nie kwestionuje prawa państwa do dbania o własny interes. Zwraca jednak uwagę na coś istotnego: czym innym jest ustalanie warunków w chwili udzielania pomocy, a czym innym dokładanie nowych warunków po dwóch czy trzech latach do tego, co zostało już przekazane. Polska sama była beneficjentem ogromnej pomocy na początku transformacji. Redukcja zadłużenia, programy pomocowe, zachodnie wsparcie instytucjonalne — nikt po latach nie pytał, czy Polska okazała dostateczną wdzięczność. Nagrodą dla donorów był sukces Polski.
Gospodarcze zyski, o których się nie mówi
Jest jeszcze jeden wymiar tej debaty, który pozostaje niemal nieobecny w publicznym dyskursie. Polska pomoc wojskowa — przekazany sprzęt, amunicja, systemy — stała się de facto testem bojowym polskiego przemysłu obronnego. Wynik był znakomity. W latach 2022–2024 rzeczywisty eksport polskiego uzbrojenia przekroczył 6 mld euro, z czego około 80 proc. trafiło właśnie na Ukrainę. Wartość tego eksportu jest już wyższa niż wartość przekazanych pakietów wojskowych.
Pomoc zadziałała jak lewar — wypromowała produkt w realnych warunkach, otworzyła rynek komercyjny i wzmocniła pozycję polskich producentów zbrojeniowych na arenie międzynarodowej. Do tego dochodzi handel: obroty Polski z Ukrainą wyniosły 73 mld zł w 2022 roku, 71 mld w 2023 i 77 mld w 2024, przy wyraźnej przewadze polskiego eksportu. Mówienie wyłącznie o kosztach pomocy bez uwzględnienia tych korzyści jest obrazem niepełnym.
Tymczasem od połowy 2026 roku polskie darowizny wojskowe mają wartość około 16,45 mld zł, przy czym około 90 proc. tej kwoty przekazano już w latach 2022–2023. Zaangażowanie wyraźnie wyhamowało, podczas gdy kraje nordyckie i bałtyckie podjęły polityczne decyzje o zwiększeniu własnych kontrybucji — szczególnie po ograniczeniu pomocy amerykańskiej. Polska wybrała kierunek odwrotny.
Wpływ, który można utracić po cichu
Konsekwencje tego wyboru są mniej dramatyczne niż formalna reprymenda czy wyrzucenie z jakiegoś forum — ale przez to trudniejsze do dostrzeżenia. Mechanizm jest prosty: przed ważnymi spotkaniami partnerzy pytają się nawzajem, co mogą zaoferować, jaka jest ich kontrybucja. Jeśli odpowiedź brzmi „właściwie nic” — pojawia się naturalne pytanie o sens uczestnictwa. Zdolność koalicyjna wytwarza się przez obecność i zaangażowanie, a zanika przez nieobecność.
Wyraźnym sygnałem była polska postawa wobec Koalicji Chętnych — mocne podkreślenie, że polskich żołnierzy nie będzie. Samo w sobie żadnej koalicji to nie rozbija, ale oznacza, że w tym jej wymiarze Polski po prostu nie ma. I takie miejsce buduje się samemu, stopniowo, bez żadnej formalnej decyzji.
Ziółkowski nie dramatyzuje. Nastroje społeczne — dziś bardziej sceptyczne wobec dalszej pomocy — nie są zjawiskiem stałym. Polska kilkakrotnie potrafiła zmobilizować się w sposób nieprzewidywalny: podczas Pomarańczowej Rewolucji, podczas Majdanu, w 2022 roku. Kluczowe pytanie nie brzmi jednak, co myślą Polacy dziś, lecz jakim państwem ma być Ukraina po wojnie — i czy Polsce zależy na silnym, stabilnym sąsiedzie zdolnym do samodzielnego działania.
Co z Rosją?
W tle całej tej debaty pozostaje Rosja. Ziółkowski uważa, że Polska — słusznie chwalone przez lata za jasne ostrzeganie przed rosyjskim zagrożeniem — powinna przejść do kolejnego etapu myślenia. Jeśli Rosja przegra wojnę, może znaleźć się w sytuacji geopolitycznej katastrofy i przez długi czas nie będzie wiarygodnym partnerem dla Europy. Warto już teraz przygotowywać się do polityki długotrwałej izolacji — odsunięcia Rosji od europejskiego systemu politycznego i gospodarczego.
Czy wielki biznes nie wróci tam szybko po ewentualnym zakończeniu konfliktu? Ziółkowski jest sceptyczny. Europa w ogromnej mierze wycofała się z rosyjskiego gazu i prowadzi politykę ograniczania zużycia paliw kopalnych. Infrastruktura w Rosji jest zniszczona. Kultura poszanowania praw własności była tam ograniczona już przed wojną, a po przegranej może być jeszcze gorzej. Proste transakcje surowcowe — metale rzadkie, inne zasoby — pozostaną możliwe. Ale wieloletnia inwestycja wymaga stabilności prawnej i politycznej, której w powojennej Rosji może przez długi czas brakować.
Polska stoi przed wyborem, który nie jest dramatyczny w żadnym jednym momencie, lecz kumuluje się w czasie. Można stopniowo wycofywać się z zaangażowania na wschodzie, tracąc wpływ na kształt przyszłego ładu w tej części Europy. Można też — jak sugeruje Ziółkowski, nawiązując do myśli Zbigniewa Brzezińskiego — próbować zbudować z partnerstwa polsko-ukraińskiego coś więcej niż poprawne sąsiedztwo: przymierze, które wzmacnia i Polskę, i Ukrainę, i europejskie bezpieczeństwo. To nie jest kwestia wdzięczności. To kwestia interesu — rozumianego poważnie i długofalowo.

