Chiński robot w polskim porcie wojennym – pytania, które kontrwywiad powinien zadać

W piątek, tuż przed Świętem Wojska Polskiego, na profilach społecznościowych Marynarki Wojennej RP pojawił się krótki film. Zachęcał do obejrzenia sobotnich defilad okrętów. Zapraszał do tego humanoidalny robot. Problem w tym, że ów robot – znany w Polsce pod imieniem Edward Warchocki – to Unitree G1, produkt chińskiego start-upu, nagrany w przestrzeni polskiego portu wojennego.

To nie jest niewinny żart. To pytanie o granicę między wojskowym marketingiem a elementarnym bezpieczeństwem państwa.

Skąd w ogóle wziął się ten robot i dlaczego wzbudza takie emocje? Unitree G1 zyskał popularność w Polsce za sprawą nagrań, na których goni dziki. Później pojawił się w Sejmie, bywał gościem ambasady Chińskiej Republiki Ludowej w Warszawie. Teraz trafił do portu wojennego. Każde z tych miejsc budzi inne pytania, ale port wojenny budzi je najpoważniej.

Analityk Wojciech Jakubik skomentował sprawę lakonicznie i celnie: „Chiński robot w polskim porcie wojennym, ale heca, prawda kontrwywiadzie?”. Za ironią kryje się realne zagadnienie – kto i na jakiej podstawie wpuścił tę konstrukcję za bramę chronionego obiektu wojskowego.

Od lutego 2025 roku obowiązuje w Polsce zakaz wpuszczania pojazdów mechanicznych wyprodukowanych w Chinach na teren chronionych obiektów wojskowych. Robot humanoidalny technicznie pojazdem mechanicznym nie jest – i właśnie ta luka prawna pozwoliła na jego obecność w porcie. To nie jest argument za tym, że wszystko było w porządku. To argument za tym, że prawo wymaga pilnego doprecyzowania.

Dlaczego Unitree G1 wzbudza niepokój służb na całym świecie? Powodów jest kilka i każdy z nich jest konkretny:

Innymi słowy: robot wchodzi do chronionej przestrzeni, rejestruje jej układ, wyposażenie, twarze ludzi – i może to wszystko przesłać. Natychmiast lub z opóźnieniem. Bez wiedzy nikogo w pobliżu.

Czy mamy pewność, że tak się stało? Nie. Ale suwerenność i bezpieczeństwo militarne nie opierają się na zasadzie „zakładamy dobrą wolę”. Opierają się na zasadzie ograniczonego zaufania i kontroli dostępu. Polska, jako kraj frontowy NATO, powinna stosować te zasady ze szczególną rygorystycznością – zwłaszcza gdy chodzi o sprzęt wyprodukowany przez podmiot wpisany na listy zagrożeń przez własnych sojuszników.

Sprawa Edwarda Warchockiego w porcie wojennym to nie jest skandal medialny. To sygnał, że procedury ochrony obiektów wojskowych nie nadążają za tempem, w jakim chińska technologia przenika do przestrzeni publicznej – i niepublicznej – w Polsce. Czas na konkretne pytania do dowódców, kontrwywiadu i ustawodawców. Bez ironii.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *