Wszystko zaczęło się w czwartkowy poranek, gdy Rosja przeprowadziła kolejny masowy atak rakietowy na Ukrainę. W toku tej ofensywy jeden z pocisków naruszył polską przestrzeń powietrzną i ostatecznie spadł w okolicach wsi Tarnawa-Kolonia w województwie lubelskim, około stu kilometrów od granicy z Ukrainą. Zdarzenie to natychmiast wzbudziło pytania o gotowość Sojuszu Północnoatlantyckiego do ochrony terytorium swoich członków i właściwego reagowania na tego rodzaju prowokacje.
W poniedziałek, kilka dni po tym niepokojącym incydencie, głos zabrał litewski minister spraw zagranicznych Gabrielius Landsbergis-Budrys, komentując sprawę w programie Dienos tema publicznego nadawcy LRT. Przyznał, że zachowanie spokoju po incydencie było właściwą reakcją doraźną, jednak stanowczo podkreślił, iż na tym nie może się skończyć. Jego zdaniem Sojusz powinien odpowiedzieć przede wszystkim wzmocnieniem sił na wschodniej flance NATO, a jednocześnie skierować wyraźny sygnał polityczny w stronę Moskwy — nawet jeśli miałby on pozostać poza sferą publiczną.
Budrys odwołał się do wcześniejszych doświadczeń, wskazując na operacje NATO „Eastern Sentry” i „Baltic Sentry” jako przykłady działań, które przyniosły wymierne rezultaty. Kiedy Sojusz zdecydował się zwiększyć swoją obecność wojskową w regionie, a Rosja uznała to za niekorzystne dla swoich interesów, jej zachowanie uległo zmianie. Ustały incydenty wymierzone w Polskę, a przypadki uszkadzania infrastruktury na Morzu Bałtyckim wyraźnie się zmniejszyły.
Minister zastrzegł przy tym, że nie każde tego rodzaju zdarzenie musi być celowym działaniem Rosji — jednak niezależnie od intencji, wzorzec jest niepokojący i wymaga reakcji. Normalizacja sytuacji, w której rakiety naruszają przestrzeń powietrzną państw NATO, byłaby, jego zdaniem, strategicznym błędem o poważnych konsekwencjach dla wiarygodności całego Sojuszu.
Konkluzja litewskiego ministra była jednoznaczna: jeżeli brakuje odpowiednich zdolności obronnych, należy je niezwłocznie rozbudować. Odpowiedź polityczna NATO jako organizacji mogła być, jak ocenił Budrys, zdecydowanie mocniejsza. To zdanie — wypowiedziane przez przedstawiciela kraju, który od lat konsekwentnie domaga się traktowania wschodniej flanki jako priorytetowego obszaru obronności — brzmi jak wyraz głębszej frustracji wobec zachodnich partnerów, którzy wciąż skłonni są przedkładać dyplomatyczny spokój nad zdecydowane działanie.

