Jürgen Klopp – zbawca czy zakład? Niemcy stawiają wszystko na jedną kartę

Powrót syna marnotrawnego

Reprezentacja Niemiec wchodzi w nową erę z bagażem trzech kolejnych porażek na mistrzostwach świata i dwunastu lat bez jakiegokolwiek trofeum. Na czele tej odbudowy staje Jürgen Klopp – człowiek, który przez lata był marzeniem całego narodu, a teraz stał się jego ostatnią deską ratunku. Jednak powitalną konferencję prasową 59-latek rozpoczął nie od uśmiechów i bon motów, lecz od twardej tyrady pod adresem mediów. To był wyraźny sygnał: tym razem nie będzie spektaklu dla galerii.

Klopp wprost powiedział dziennikarzom, że konferencje prasowe to element trenerskiej pracy, którego mu nie brakowało. Skrytykował medialne lincze na poprzednikach – Julianie Nagelsmannie i Thomasie Tuchelu. Bez ogródek ostrzegł, że jeśli kampania oszczerstw dotknie jego rodziny, odejdzie. Zaapelował do mediów o pracę „dla dobra sprawy” – co brzmiało jak żądanie, nie prośba. Był to wizerunek daleki od „The Normal One”, który budował przez dwie dekady.

Nowy selekcjoner mógł sobie pozwolić na taką pozycję siły. Do siedziby DFB we Frankfurcie przyszedł z dobrze płatnej posady w strukturach Red Bulla, dając do zrozumienia, że to kadra potrzebowała jego, nie odwrotnie. Od dekady, odkąd zaczęła słabnąć gwiazda Joachima Löwa, Klopp pozostawał niekwestionowanym marzeniem wszystkich Niemców – niezależnie od liczby innych wybitnych trenerów, jakich wydało jego pokolenie. Jego sława dawno przekroczyła granice boiska: od lat reklamuje w niemieckich telewizjach praktycznie wszystko.

Teraz albo nigdy

Zbieżność kilku okoliczności sprawiła, że moment okazał się idealny. Hans-Joachim Watzke, przyjaciel Kloppa z czasów Borussii Dortmund, pełni funkcję wiceprezydenta federacji. Były szkoleniowiec Liverpoolu nie jest związany z żadnym klubem. Niemcy, po kolejnym kompromitującym turnieju, nie mieli innego poważnego kandydata. Sam Klopp nie pozostawia złudzeń: po roli selekcjonera nie przewiduje już dalszej ścieżki zawodowej. To była kwestia teraz albo nigdy.

Blisko kadry był zresztą jeszcze przed odwołaniem Nagelsmanna. Jako ekspert stacji Magenta TV towarzyszył reprezentacji podczas mistrzostw świata w Ameryce Północnej, wyjaśniając kibicom taktyczne niuanse turnieju – podobnie jak w 2006 roku, gdy jako wschodząca gwiazda zawodu zdobył ogólnoniemiecką popularność. Jeszcze przed turniejem, zestawiając z Thomasem Müllerem wymarzone jedenastki, powiedział, że skład „jeszcze” układa Nagelsmann. To „jeszcze” wywołało burzę w środowisku medialnym i publiczne przeprosiny. Okazało się jednak słowem prorockim.

Niemcy odpadli z mistrzostw świata po porażce z Paragwajem w serii rzutów karnych – po raz pierwszy w historii. Po raz trzeci z rzędu nie dotarli nawet do najlepszej szesnastki globu. Kryzys stał się faktem niepodważalnym.

Skala kryzysu

Jeśli patrzeć wyłącznie na wyniki, niemiecki futbol przeżywa najgłębszy kryzys w swojej historii. Nawet uznawane za historyczne dno lata 1998–2004 przyniosły reprezentacji wicemistrzostwo świata. Tymczasem minęło już dwanaście lat bez jakichkolwiek międzynarodowych sukcesów. Po 2016 roku kadra nie przebrnęła ćwierćfinału na żadnym turnieju, a trzy kolejne mundiale zakończyły się przedwczesnym odpadnięciem.

Bastian Schweinsteiger i Oliver Kahn – legendy poprzednich pokoleń – zgodnie wskazują na ten sam problem. Przywołując opinie Wayne’a Rooneya, Zlatana Ibrahimovicia i Paula Pogby, twierdzą, że Niemcy utracili to, czego wszyscy im zazdrościli: niezłomną mentalność. Kahn wspomina rozmowę z Carlesem Puyolem, który przyznał niegdyś, że gdyby Hiszpanie mieli mentalność Niemców, byliby nie do pokonania. W XXI wieku role się odwróciły: to Hiszpania stała się bezwzględną maszyną do wygrywania, a Niemcy – drużyną kruchą psychicznie, dla której ćwierćfinał to sufit.

Bracia Felix i Toni Kroosowie, prowadzący popularny podcast sportowy, akcentują inny wymiar problemu. Ich zdaniem obecne pokolenie nie wydało żadnego piłkarza klasy światowej, choć kilku zawodników ma potencjał, by takimi zostać. Jednak historia pokazuje, że Niemcy rzadko wygrywali dzięki indywidualnym geniuszom – ich siłą zawsze była zdolność tworzenia drużyn lepszych od sumy jednostek. Dziś właśnie tę zdolność utracili.

Mentalność ważniejsza niż gwiazdy

Podczas żadnego z czterech wygranych mundiali Niemcy nie dysponowali największymi gwiazdami turnieju. W 1954 roku to Węgrzy przystępowali do finału jako murowany faworyt. Dwadzieścia lat później Holandia Johana Cruyffa, a w 1990 roku Argentyna Diego Maradony – obie drużyny błyszczały indywidualnym talentem, a mimo to przegrały. Motywacyjne słowa Löwa do Mario Götze w finale 2014 roku – „pokaż światu, że jesteś lepszy od Messiego” – były właśnie tylko motywacyjnym tekstem, nie oceną rzeczywistości.

Zauważanie, że Niemcy nie mają dziś piłkarzy pokroju Kyliana Mbappé, Lamine’a Yamala czy Harry’ego Kane’a, nie dotyka więc sedna problemu. Niemcy nigdy nie wygrywali, dlatego że mieli największe gwiazdy. Wygrywali, bo potrafili tworzyć zwycięskie zespoły. Odbudowa tej zdolności to właśnie zadanie dla Kloppa.

Jazda na picu i siła entuzjazmu

Zbigniew Boniek sformułował to dosadnie: Klopp jako trener „jedzie na picu”. Jego wieloletni doradca Marius Kosicke ujął to subtelniej: „Gdy tylko Klopp pojawia się w pomieszczeniu, od razu czujesz się większy”. W światowym futbolu nie brakuje piłkarzy, którzy właśnie u niego osiągnęli szczyty kariery. W Polsce wiemy to dobrze – Jakub Błaszczykowski przeżył pod jego wodzą bezsprzecznie najlepsze lata.

Klopp na konferencji prasowej przyznał wprost, że Niemcy nie mają dziś piłkarzy tej klasy co Francja – ale natychmiast dodał, że „to nie znaczy, że nie możemy jej pokonać”. Na tym polega jego wartość: nie zarządza talentami, lecz wytwarza warunki, w których przeciętni piłkarze stają się wybitnymi drużynami. Z Kevinów Grosskreutzów tego świata robił finalistów Ligi Mistrzów. Teraz ma zrobić to samo z całą reprezentacją.

Zmiana filozofii gry

Natura Kloppa jako trenera różni się zasadniczo od stylu jego poprzedników. Choć w ostatnich latach w Liverpoolu uczył się kontrolować mecze przy posiadaniu piłki, wywodzi się z typowej współczesnej szkoły niemieckiej: intensywny pressing i nacisk na fazy przejściowe. Gra reprezentacji powinna stać się szybsza, bardziej oparta na pojedynkach i mniej podatna na kontrataki.

Wszystkie trzy przegrane mundiale – za Löwa, Flicka i Nagelsmanna – łączyła ta sama słabość: kadra starała się dominować w ataku pozycyjnym i regularnie padała ofiarą kontry. Klopp już zapowiedział, że na jego wstępnej liście znalazło się 57 piłkarzy, z których niektórzy nawet nie wiedzą, że mogą liczyć na powołanie. Nowy selekcjoner zawsze potrafił dostrzec potencjał tam, gdzie inni go nie widzieli.

Więcej niż selekcjoner

Federacja zamierza wykorzystać fachowość i charyzmę Kloppa znacznie szerzej niż tylko do prowadzenia pierwszej drużyny. Pytany, jak głęboko zamierza zanurzyć się w struktury DFB, odpowiedział krótko: „bardzo głęboko”. Niemcy są aktualnie wicemistrzami Europy do lat 21 i do lat 19, mają swoich przedstawicieli w wielu czołowych klubach kontynentu. Pod tym względem trudno ich stawiać w jednym szeregu z Włochami, którzy podupadli na wielu różnych polach jednocześnie.

Klopp nie zaczyna więc, jak Jürgen Klinsmann dwadzieścia lat temu, na spalonej ziemi. Jednak oczekuje się od niego wskrzeszenia podobnego entuzjazmu i podobnej przemiany. Na konferencji powiedział, że tak jak wyniki lokalnej drużyny mają moc zmieniania całego miasta, tak gra reprezentacji może zmieniać narody. Trudno się dziwić, że jego nominacja błyskawicznie przykryła w niemieckich mediach ogłaszaną tego samego dnia rekonstrukcję rządu kanclerza Friedricha Merza. Niemcy postawili wszystko na jedną kartę – i ta karta ma na imię Jürgen.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *