Prezydent Litwy ostrzega: nierówne wydatki obronne rozbiją NATO na części

Słowa wypowiedziane przez prezydenta Litwy Gitanasa Nausėdę w Berlinie brzmią jak poważne ostrzeżenie pod adresem całego Sojuszu Północnoatlantyckiego. Jeśli część państw członkowskich osiągnie ambitne cele wydatkowe na obronność, a inne pozostaną na poziomie zaledwie dwóch czy dwóch i pół procent PKB, sojusz pęknie — nie na skutek zewnętrznej agresji, lecz wewnętrznych podziałów.

— Byłoby to bardzo kontrowersyjne lub sprzeczne, gdyby niektóre kraje starały się zrobić więcej i osiągnęły ten cel w nadchodzących latach, a inne kraje oscylowałyby, powiedzmy, na poziomie 2 proc. lub 2,5 proc. — powiedział Nausėda dziennikarzom podczas wspólnej konferencji prasowej z przywódcami Łotwy i Estonii oraz niemieckim kanclerzem Friedrichem Merzem. Dodał bez ogródek: — To podzieli, w naturalny sposób podzieli sojusz na dwie lub trzy części, a to nie jest zbyt korzystne dla ducha zbiorowej obrony i dla naszej solidarności.

Słowa te padły w szczególnym momencie. Przywódcy trzech państw bałtyckich przybyli do Berlina, by skoordynować stanowiska przed przyszłotygodniowym szczytem NATO w Ankarze. Łotwa, Litwa i Estonia należą dziś do europejskich liderów, jeśli chodzi o udział wydatków obronnych w PKB — i nie jest to przypadek. Kraje te, mające za sobą doświadczenie sowieckiej okupacji i graniczące bezpośrednio z Rosją, rozumieją cenę bezpieczeństwa lepiej niż wiele zachodnich stolic.

Na zeszłorocznym szczycie w Hadze sojusznicy NATO — z wyjątkiem Hiszpanii — uzgodnili, że do 2035 roku będą przeznaczać na obronność pięć procent PKB. Cel ten jest jednak dla większości krajów europejskich odległy. Wiele z nich wydaje dziś znacznie mniej, borykając się jednocześnie z ograniczeniami budżetowymi i wewnętrznymi napięciami politycznymi. Ile państw rzeczywiście osiągnie wyznaczony pułap — tego nikt dziś nie potrafi powiedzieć z pewnością.

W tym kontekście szczyt w Ankarze nabiera szczególnego znaczenia. Głównym wyzwaniem dla europejskich przywódców będzie przekonanie prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa, że Europa traktuje swoje zobowiązania sojusznicze poważnie. Trump nie kryje niecierpliwości. W czwartek na platformie Truth Social napisał wprost: „Stany Zjednoczone wydają na NATO zdecydowanie więcej pieniędzy niż jakikolwiek inny kraj, aby chronić pozostałych członków sojuszu, nie czerpiąc z tego żadnych korzyści”. W tym samym wpisie wymienił kilka państw europejskich, w tym Niemcy, określając ich wydatki obronne jako „absurdalne!”.

Kanclerz Merz odpowiedział na te słowa z wyraźną determinacją. Zapytany o wpis Trumpa, podkreślił, że Niemcy konsekwentnie realizują własne zobowiązania. — Niemcy podwajają swój budżet obronny w ciągu czterech lat — oświadczył. — To największy wysiłek, jaki kiedykolwiek podjęliśmy, aby wzmocnić nasze zdolności obronne. Pod tym względem nie mamy przed nikim nic do ukrycia — dodał. Berlin zobowiązał się osiągnąć cel wydatkowy NATO do 2029 roku.

Berlińskie spotkanie i słowa prezydenta Nausėdy odsłaniają głębszy problem, z którym mierzy się dziś Zachód. NATO opiera się na zasadzie zbiorowej obrony, a ta zasada traci sens, gdy jedne państwa ponoszą nieproporcjonalnie duże ciężary, inne zaś korzystają z parasola bezpieczeństwa, nie dokładając do niego odpowiedniej składki. Kraje bałtyckie — małe, narażone, świadome historii — apelują o odpowiedzialność, której nie można odkładać w nieskończoność. Szczyt w Ankarze pokaże, czy głos tych, którzy mają najwięcej do stracenia, zostanie wreszcie usłyszany.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *