Nikt poza Teheranem nie będzie zarządzał Ormuzem. To nie groźba rzucona w emocjach — to oficjalne stanowisko irańskiego ministra spraw zagranicznych.
Abbas Aragczi ogłosił to w Bagdadzie z całą powagą dyplomatyczną. Żaden zewnętrzny podmiot nie posiada uprawnień do decydowania o zasadach żeglugi przez cieśninę Ormuz — tak brzmi twarda linia Teheranu, wypowiedziana w momencie, gdy region znów stoi na krawędzi eskalacji. Aragczi powołał się przy tym na zapisy wstępnego porozumienia ze Stanami Zjednoczonymi, które jego zdaniem jednoznacznie przyznają Iranowi wyłączne kompetencje w tym zakresie. Wizyta szefa irańskiej dyplomacji w stolicy Iraku zbiegła się z nasileniem napięć, a słowa ministra brzmiały jak ostrzeżenie dla wszystkich zainteresowanych stron.
— Jakakolwiek ingerencja, próba przyjęcia nowych czy odrębnych postanowień doprowadzi do opóźnień w ponownym otwarciu cieśniny i zwiększy napięcia — powiedział Aragczi wprost, nie pozostawiając złudzeń co do determinacji Teheranu.
Porozumienie podpisane 17 czerwca między Iranem a Stanami Zjednoczonymi miało być krokiem ku stabilizacji. Na mocy tego dokumentu Teheran zobowiązał się dołożyć wszelkich starań, by przez okres dwóch miesięcy jednostki handlowe mogły swobodnie i bezpłatnie korzystać ze szlaku Ormuz. Brzmi to rozsądnie — ale kontekst jest brutalny. Przed wybuchem konfliktu pod koniec lutego żegluga przez cieśninę odbywała się bez ograniczeń ze strony Iranu. Potem przyszła wojna i niemal całkowity paraliż. Irańskie siły wielokrotnie uderzały w cywilne jednostki pływające tym akwenem, zamieniając jeden z kluczowych szlaków handlowych świata w strefę zagrożenia.
Umowa z 17 czerwca nie przyniosła jednak spokoju. Już w czwartek doszło do pierwszego incydentu od momentu jej zawarcia. Strona amerykańska odpowiedziała uderzeniami w irańskie pozycje, a wymiana ognia trwała przez kolejne dni. W niedzielę irańskie siły zaatakowały obiekty należące do USA na terytorium Kuwejtu i Bahrajnu — a więc obiektów sojuszniczych państw arabskich, co nadaje całej sprawie dodatkowy wymiar geopolityczny. Teheran równolegle informował, że jednostki pływające muszą trzymać się tras wyznaczonych przez stronę irańską, grożąc konsekwencjami za niestosowanie się do tych wytycznych. Oman zaproponował własną alternatywną drogę przepływu — jednak przynajmniej jeden ze statków korzystających z tego wariantu padł ofiarą ataku przypisywanego Iranowi. Żadna droga nie wydaje się bezpieczna.
W niedzielę irańska armia ogłosiła coś, co może przekreślić cały dyplomatyczny wysiłek ostatnich tygodni. Państwowe media w Teheranie przekazały, że wojsko zapowiada całkowite przerwanie negocjacji ze stroną amerykańską. Memorandum z 17 czerwca przewiduje, że obie strony mają 60 dni na wypracowanie finalnych ustaleń. Ormuz jest jednym z kilku punktów spornych — obok kwestii obecności wojsk izraelskich w południowej części Libanu. Każdy z tych węzłów gordyjskich może zablokować całość.
W piątek w Waszyngtonie reprezentanci Izraela i Libanu złożyli podpisy pod wstępnym dokumentem mającym otworzyć drogę do trwałego pokoju między oboma krajami. To gest symboliczny, ale walki ze wspieranym przez Teheran Hezbollahem trwają od wielu miesięcy i nie ustały — starcia miały miejsce również w niedzielę. Hezbollah, który nie podlega władzom w Bejrucie, od początku stoi po stronie Iranu w tym konflikcie. Ugrupowanie przeprowadzało ataki na północne tereny Izraela, co wywołało zdecydowaną odpowiedź — w tym zajęcie części południowego Libanu przez siły izraelskie.
Hezbollah odrzucił rozmowy prowadzone przez libański rząd z Izraelem i uznał ich efekty za pozbawione mocy prawnej. Organizacja nie zamierza składać broni, dopóki izraelskie wojsko nie opuści południa Libanu. Izrael z kolei zapowiada utrzymanie obecności wojskowej aż do chwili faktycznego rozbrojenia ugrupowania. Koło się zamyka. Teheran zaś wcześniej deklarował, że ewakuacja wojsk izraelskich z południowego Libanu stanowi nieprzekraczalny warunek podpisania ostatecznego porozumienia z Waszyngtonem.
Cieśnina Ormuz to nie tylko kwestia prestiżu czy suwerenności — to arteria, przez którą przepływa znaczna część światowego eksportu ropy naftowej. Każde napięcie w tym rejonie uderza w globalne rynki energii, a pośrednio — w portfele zwykłych obywateli i kondycję gospodarek, w tym europejskich. Polska, jako kraj importujący surowce energetyczne i zainteresowany stabilnością szlaków handlowych, ma tu konkretny interes. Warto więc śledzić te wydarzenia nie jako odległy teatr geopolityczny, lecz jako rozgrywkę, której skutki mogą dotrzeć znacznie bliżej, niż nam się wydaje.

